Marcin Makowski

Droga


Jest rano. Trochę chłodno, ale nie na tyle, aby chciało mi się założyć czapkę. Jak zwykle jestem za wcześnie i muszę czymś się zająć do momentu spotkania. Z przyjemnością zaszedłbym do księgarni, poprzeglądać stosy książek z zakresu psychologii, filozofii, informatyki i innych, których i tak bym nie kupił, bo i nie mam po co. No, chyba żeby zaspokoić swoją próżność, opróżniając tym samym portfel.
Mam system aby się przed tym ustrzec. Staram się nigdy nie wydawać całej kwoty jaką mam przy sobie. Wydaję zazwyczaj mniejsze nominały i próbuję nie rozmieniać tych większych. Przykładowo jeżeli mam stówę i dwie dychy, to mogę wydać maksymalnie dwie dychy i to konkretnie te banknoty, tak aby ze stówy nie powstało osiemdziesiąt; wiadomo że maksymalnie będę miał pięćdziesiąt i trzydzieści. W najgorszym wypadku wyda mi drobnymi i cała kasa pójdzie się jebać. Nieważne, jest za wcześnie na radosne życie konsumenta.

Wiatr wdziera mi się między włosy, za krótkie jak na tę jesienną porę roku. Obracam się spoglądając po budynkach i zastanawiam w którą stronę się skierować. Trzeba wybrać takie miejsce aby przyjemnie się szło, w miarę sprawnie wróciło, no i oczywiście tak aby wykorzystać cały zbędny przydział wolnego czasu. Wybieram stare miasto. Kieruję się zatem uliczkami od manhatanu do liceum, a potem w stronę alfy. Ależ to paskudztwo, idealne na stratę kilkunastu zbędnych minut, ale teraz jeszcze zamknięte. W połowie drogi orientuję się że o niczym nie myślę. Tak bardzo chciałbym czasem zanurzyć się w nieprzerwanym oceanie myśli i zupełnie jak Patrick Baetman myśleć o: szkole, zrezygnowaniu z filozofii, scenariuszu do filmu który bardzo chciałbym zrobić ale pewnie mi się nie uda, o spotkaniach warsztatowych, pisaniu, o kodzie leonarda da vinci i o tym czy Jezus miał żonę, a jeżeli tak to co to za różnica? Ale nie mogę, nie panuję nad myślami i już po chwili rozłażą mi się między dźwiękami a obrazami.
MYŚL! Mówię sobie i próbuję nakierować szare komórki na rzeczy konieczne do rozwiązania, a wręcz nie cierpiące zwłoki. Haha, te rzeczy nie będą cierpiały gdy zrobią się ze mnie zwłoki. A muszę, muszę przecież zrozumieć o co mi do cholery chodzi i czy sam wiem czego chcę. Znów czuję chłód na głowie, gdy tylko wiatr prześlizgnie się między włosami. Przecieram twarz i oczy, tak jakby miałoby to mi pomóc się skupić, ale nie pomaga. Wciąż idę. Zimno wgryza się w skórę, ale ja to lubię. Lubię jesień i tę jej całą przejrzystość barw. Liście na chodniku są już zmięte i przegniłe, nieładne, ale te na drzewach jeszcze w sam raz by popaść w bezsensowną chwilową zadumę. Mijam alfę i idę kierując się na stare miasto, może coś w kinie ciekawego grają? I tak bym nie poszedł. Nogi mi się już trochę męczą, za dużo jeżdżę samochodem, aby móc tak bezkarnie spacerować po mieście. Kiedy tak zupełnie pogrążony w niczym docieram do wysokiej bramy, zdaję sobie sprawę że jestem głodny. Mało jadam ostatnio. Jest prawie dziesiąta, więc może coś zaraz będzie otwarte. Przypomina mi się jak Krzysztof opowiadał o chińskiej restauracji koło manhatanu i zawsze ciekawiło mnie co tam jest i jak smakuje. Kieruję się zatem na dąbrowszczaków i idę ulicami przeplutymi przez cyganów wśród piętrzących się budowli.
Dostrzegam chińską restaurację, ale jest zamknięta. Na oknach ma wyrzeźbione sfastyki i popierającą to, doskonałą argumentację: white power. No to chyba zamknięte, i chyba wiem dlaczego. Trudno, zjem gdzie indziej. Może pizza?
Patrząc ślepo przed siebie zastanawiam się czy mógłbym coś jeszcze osiągnąć, gdybym tylko wysilił się i zrozumiał. Może nawet nie zrozumiał, do kurwy. Nie. Zrobił, zadziałał, przymusił się do czegoś, co tchnęłoby prawdą i pierdolnęło mnie w kierunku tego o co mi samemu chodzi. Za dużo chaosu. Zbyt logicznie, zbyt racjonalnie, ale sercu nie ufam, jak Kostrzewski. I nucę sobie teraz w głowie jego utwór, wierzę słowu jeśli jest jak głaz, wierzę myśli jeśli lgnie do słońc - nie, sercu!?

Takie stany, te spadające uniesienia, pomagają tylko na chwilę. Przez moment myśli się ideami i karmi słowami i aż człowieka to wszystko niesie; a potem jest tylko rozpacz. Zimno. Idę dalej. Przechodzę koło manhatanu i widzę zielony szyld Da Grasso, pizzeria. Idealne na napełnienie brzucha i opróżnienie myśli. Kiedy tam wejdę będę tylko czekał na pizze a potem nawpierdalam się aż mnie brzuch rozboli, bezmyślnie.

Wychodzę. Boli mnie brzuch, przejadłem się. W tak zwanym międzyczasie spotkanie przesunęło się o godzinę, nie mam co ze sobą zrobić więc znów muszę pospacerować. Idę dalej. Ogarnia mnie trwoga. Może nie jestem już zdolny do myślenia na poziomach, na których mi się to wcześniej udawało. Może nie dotrę już do kolejnego punktu, który pozwoli mi zrozumieć co się właściwie ze mną stało; choć cały czas sobie mówię że właśnie tak będzie. Idę dalej. Słońce jest nieco wyżej i zrobiło się trochę cieplej. Trochę. Idę ku dworcowi, w miejsce umówionego spotkania. Kolor rzeczywistości o tej porze ma barwę srebrzystego brązu; jeśli zatrzymasz się na moment, na pewno go dostrzeżesz. Idę dalej, mijam taksówki na postoju i niespokojne myśli o wczorajszej nocy. Tchnęło nadzieją, nie powiem, ale trzeba mi wiary i sił. Trzymam ręce w kieszeni, bo tak lubię i lepiej wyglądam, groźniej. To jednak powoduje, że muszę się chronić przed zimnem wypychając barki przed siebie, a kurtka nie zapięta. Szczegóły mi umykają. Gdzie ja doszedłem?

24.12.05
Marcin Makowski






© Copyright by Marcin Makowski