Marcin Makowski

Mr. Aednemd


Perry Aednemd od siedmiu lat pracował w przedsiębiorstwie farmaceutycznym na stanowisku menadżerskim. Do pracy wyruszał wcześnie rano a po powrocie rozkoszował się chwilą relaksu przed telewizorem zajadając się kupionymi wcześniej łakociami. W soboty spotykał się ze znajomymi z pracy wpadając zazwyczaj do różnych restauracji, natomiast niedziele wykorzystywał na pobyt w siłowni i pływanie na basenie.

Pewnego dnia Perry obudził się i zdał sobie sprawę z tego że jest martwy. Wiedział to doskonale, tak samo jak wiedział że ma ochotę napić się gorącej kawy. Martwy Perry w niebieskim szlafroku powędrował boso do kuchni. Nastawił ekspres i postawił kubek pod dyszą czekając aż buczenie maszyny oznajmi koniec procesu parzenia. Jestem martwy, pomyślał Perry, a jednak nadal tu jestem. Kubek gorącej kawy przekręcił się na podajniku ustawiając między dyszami chłodzącymi. Perry ślepo wpatrywał się w podłogę czekając aż podajnik przekręci się ponownie z kawą schłodzoną tak, aby go nie poparzyć. Chwycił kubek w obie dłonie i wolno podszedł do okna wychodzącego wprost na jesienny park. Nieliczne grupki spacerowiczów przepływały brukowanymi alejkami jakby odmierzając kolejne godziny. Perry zauważył, że gdy się jest martwym czas płynie znacznie szybciej. Dlaczego jednak jest martwy? Wczoraj, jak co dzień zresztą, rozłożył się wygodnie w fotelu przed ekranem i zagryzając kanapki z masłem orzechowym dobrze bawił się, jak co czwartek zresztą, na wieczornym seansie kinowym w TGM TV. Teraz wpatrując się przez okno na świat w przyspieszonym tempie, po pięciu dniach picia tej samej kawy, która nadal była tak samo ciepła, Perry próbował ustalić kolejność zdarzeń. Film zakończył się tuż przed północą, potem odstawił naczynia do zmywarki, umył zęby i położył się. Właściwie to nie mógł znaleźć żadnej nadzwyczajnej rzeczy ani nawet jakiegoś małego odstępstwa od tego co zazwyczaj robił każdego dnia. No dobrze, kontynuował myślenie, ale może umarłem dawno temu a jedynie wydaje mi się że dzisiaj. Odstawił kubek na biały blat kuchenny, poprawił szlafrok a następnie zajrzał do czarnej teczki w pokoju. Wyciągnął z niej telefon komórkowy, spojrzał na datę, listę ostatnich wiadomości oraz połączeń. Wszystko wyglądało w porządku. Zdecydował się jednak zadzwonić do osoby, która jak mu się zdawało, jako ostatnia go widziała. Może to by coś pomogło. Telefon podświetlił nazwę: Dorothy Armton. Perry nacisnał guzik wybierania.
- Halo? - odezwała się po kilku sygnałach Dorothy.
- Cześć Dora - wiedział że nie cierpi tego zdrobnienia, ale nigdy nie mógł się opanować.
- Kto mówi?
- Dorothy, to ja, Perry. Nie wiem czy dobrze pamiętasz, ale mi się wydaje, że wczoraj jak wychodziłem z pracy, to właśnie z tobą widziałem się po raz ostatni. Nie wiesz może czy gdzieś poszedłem, albo, no nie wiem, czy nie stało się coś ze mną, nie wyglądałem jakoś dziwnie?
- Czy to jakiś żart?
- Nie, nie, Dorothy, posłuchaj. To bardzo ważne dla mnie.
- Kto dzwoni? - Perry usłyszał zdenerwowany głos jej męża.
- Nie wiem - odpowiedziała mu Dorothy.
- Jak to nie wiesz, przecież mówiłem, że tu Perry.
- Pewnie ktoś robi sobie jaja - dalej mówiła do męża.
- Nie przedstawił się? Czego chce? - dopytywał Pan Armton.
- Nie wiem, nikt się nie odzywa, słyszę tylko jakieś dziwne dźwięki.
- Odłóż słuchawkę, jesteśmy i tak już spóźnieni.
W tym momencie Perry zdobył się na odrobinę czarnego humoru i chcąc jakoś się uspokoić, zastanowił się ile razy on sam odłożył słuchawkę gdy dzwonił do niego nieboszczyk, próbujący zrozumieć swoją sytuację, podczas gdy on słyszał jedynie ciszę po drugiej stronie. Tak, po drugiej stronie, to chyba to miejsce w którym był.

Wrócił do kuchni by dopić kawę. Kawa w kubku stała ewidentnie dziesięć dni. Wiedział to, tak samo jak wiedział że jest martwy. Widocznie gdy nawiązał kontakt ze światem żywych jego czas i ich czas zostały zsynchronizowane. Brzmiało to nieco bez sensu, nawet jak dla niego. Poza tym kuchnia nosiła inne znamiona upływu dni. Oprócz niezmytych naczyń, pleśniejącego i gnijącego jedzenia w lodówce, kurzu na półkach, brudu na szafkach, zaciekach i lepkich plamach na stole i podłodze, zgromadziło się tam mnóstwo rzeczy, większość już starych i zepsutych. Telewizor z pęknięta obudową, komputer z monitorem, klawiatura bez większości klawiszy, płyty CD zastąpione przez płyty DVD, zastąpione przez płyty Blue-Ray. Ładowarki od telefonów komórkowych, odtwarzacze mp3 zastępowane przez odtwarzacze mp4, zastępowane przez kolejne plastikowe urządzenia, których Perry już nie znał, choć domyślał się ich przeznaczenia. Dalej zalegały pozapisywane papiery, małe żółte karteczki z przyczepionym długopisem, kubki z wyschniętymi liśćmi herbaty na dnie, grube warstwy kurzu oraz spleśniałe jedzenie, które przestało już śmierdzieć. Wszystko to wyrosło przed nim gdy tylko pomyślał o starej kawie. Zanim Perry rozejrzał się dokładnie po kuchni minęły cztery lata.

Opadł zmęczony na fotelu, odruchowo sięgnął po pilota, baterie były jednak wyczerpane. To bez sensu, zaklął w duchu, zanim zdążę cokolwiek zrobić tego już nie będzie. Podniósł się ociężale z rozpadającego się fotela. Przebrnął przez kuchnie przerzucając większość rzeczy za siebie, myśląc że i tak nie będzie już tu wracał. Robił się ociężały, wszystko wydawało się takie odległe i ciężkie. Starzał się. Zebrał się w sobie i z trudem szedł dalej. W pokoju przebrał się w wyblakłe ubranie a przed drzwiami nałożył wiatrówkę i pantofle z pękającą skórą. Miał problemy z oddychaniem kiedy próbował otworzyć drzwi. Starcze dłonie chwyciły za klamkę i ostatkiem sił ją przekręciły.


***

Perry wyszedł na brukowaną uliczkę która zakręcała zaraz przy ścianie jego domu. Poczuł chłód więc poprawił zamek kurtki podciągając go prawie pod szyję. Wypychając rękami kieszenie spodni ruszył w dół w kierunku parku. Przepływała tam rzeka, którą przecinały drewniane mosty na krańcach parku. Perry przeszedł parę kroków i usiadł na ławce sprawdzając wcześniej czy nie jest brudna. Tło zmieniało się powoli i miarowo, przechodnie, psy, ptaki. Wyglądało na to, że czas biegnie zupełnie normalnie. Paru ludzi spojrzało w jego kierunku, jakaś para zajęła ławkę dalej jakby nie chcąc być obserwowaną. Może więc jednak mnie widzą, a jedynie po prostu nie słyszą? Albo jednak żyję i tylko wydaje mi się że jestem martwy, próbował siebie przekonywać. Był jednak tego tak pewny, że nawet pragnienie zmiany stanu rzeczy nie zmieniało jego nastawienia. Dziewczyna z chłopakiem zaczęli się całować, ale gdy jej spojrzenie zbiegło się z oczami Perrego, odruchowo przestała. Zatem widzą go na pewno, ale czy słyszą? Szarpnął się nagle z ławki ale podszedł już do nich z rezerwą.
- Przepraszam, że przeszkadzam. - Wycedził z siebie niepewnie - Ale czy nie macie przy sobie może papierosa?
- Stary... - powiedział chłopak przeciągając to zdanie w nieskończoność - ...ale żeś sobie moment wybrał. - Odchylił się od dziewczyny, oparł plecami o metalową poręcz ławki i teatralnym gestem zanurzył rękę w przedniej kieszeni brązowej, skórzanej kurtki. Wyciągnął z niej paczkę papierosów i mrugnął nimi na Perrego.
- Dzięki wielkie - powiedział Perry częstując się. Udał że wkłada go do ust, bo przecież nigdy nie palił i pospiesznie poszedł dalej.

To wszystko znaczyło, że ludzie widzą go, słyszą i swobodnie może się z nimi kontaktować. Właściwie wyglądało na to, że w jego nowym życiu nic się nie zmieniło, no może poza rozpadającym się domem. Ale może po prostu tylko tam czas upływał szybciej? Może Dorothy nie słyszała go nie dlatego, że był martwy, tylko po prostu popsuł się mikrofon w słuchawce. Mimo to był nadal martwy i czuł to głęboko wewnątrz siebie. Z drugiej strony był tutaj i nic oprócz jego samego nie dowodziło, żeby miał rację. W domu panował burdel, nagle pojawiło się tam wiele staroci, nowe rzeczy stały się stare, czas zdawał się płynąć szybciej, Perry napędzał się myślami, ale czy to w ogóle odnosi się do tego, że jestem martwy? A może wcale nie jestem, tylko mocno w to uwierzyłem? Naćpałem się czegoś, albo padłem ofiarą hipnozy. To się przecież zdarza, ludzie wpadają w trans, myślą że są kurami i wszyscy z nich się śmieją. Kto wie, może poszedłem wczoraj do jakiegoś klubu, tam hipnotyzer wywołał mnie z pośród publiczności, a teraz bawi się nim na oczach jego kolegów, kto wie, może nawet na oczach Dory, która udaje, że odbiera od niego telefon. Piękna Dora, musiała akurat wyjść za tego frajera z księgowości, tylko dlatego, że on akurat był zajęty. Gdyby nie zaniedbał jej podczas służbowego wyjazdu sprawy potoczyłby się zupełnie inaczej. Pewnie Pan Armtong (nigdy nie nazywał go po imieniu) szeptał jej do ucha jakie to rzeczy wyprawia jej ukochany w nadmorskim kurorcie przez trzy miesiące. Ale to niczego nie usprawiedliwia, przecież mógł się odezwać przez ten czas. A on nie wykonał do niej ani jednego telefonu, ani jednego! Słyszał jej zapłakany głos sprzed lat. Teraz to i tak bez znaczenia.

Z rozmyślań wybiło go stoisko prasowe, które właśnie minął. Wystukał na panelu dotykowym DZIENNIKI : BEZPŁATNE. Wybrał jeden z nich, a maszyna po chwili wypluła z siebie kilka stron, które wyszarpnął zanim dokończyły się drukować i przerzucił w pośpiechu. Powiódł palcem wzdłuż kolumny nekrologów szukając swojego nazwiska. Perry Aednemd, Perry Aednemd, szeptał pod nosem wodząc wzrokiem po czarnych tabelach. Nie ma, zaklął w duchu. Odwinął pierwszą stronę i sprawdził datę. Dwudziesty trzeci lutego dwa tysiące dwunastego roku, nic dziwnego że nie ma informacji o jego śmierci sprzed czterech lat. W bibliotece na pewno mają stare numery, ale dokopanie się do nich zajmie mu wiele dni, nie wspominając o biurokratycznych przeszkodach. Nie miał karty bibliotecznej ani nawet dokumentów aby ją wyrobić, żadnego dowodu swojego istnienia. Zresztą, jego śmierć mogła nie zostać przez nikogo odnotowana. Może tak naprawdę nadal jest tam gdzie umarł i jeszcze nikt go nie odnalazł. W jakimś lesie albo na dnie jeziora. Może sam powinien zgłosić swoje zaginięcie, albo nawet śmierć. Tylko kto by mu wtedy uwierzył. Ta myśl jednak zaowocowała kolejną. Przecież może zgłosić się na policję i stwierdzić że stracił pamięć, wtedy będą musieli go odnaleźć i jednoznacznie stwierdzić co się właściwie stało. Ta myśl ucieszyła go tak bardzo, że całą drogę do komisariatu przebył uśmiechnięty. Budynek, który nagle wynurzył się przed nim wydawał się potężny, tak jakby jego obejście miało zająć całe lata. Wydawało mu się, że komisariat zasłonił całe niebo i otoczył go. Wszedł do środka.


***

- Panie Aednemd - wypowiedział z wolna policjant zamykając za sobą drzwi. W lewej ręce przy biodrze trzymał plik dokumentów w teczce, a prawą owłosioną łapą odsuwał krzesło spod stołu. Usiadł na nim jakby już był zmęczony całym tym zamieszaniem - Jest pan w ogóle pewien, że tak się pan nazywa?
- Jak najbardziej - odpowiedział z lekkim zdenerwowaniem poprawiając się na niewygodnym krzesełku.
- Więc mówi pan, że nazywa się Perry Aednemd, że stracił pan pamięć i że urodził się pan w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym czwartym czternastego października, zgadza się?
- Tak. W Waszyngtonie.
- W Waszyngtonie - powtórzył policjant mimochodem, przeglądając kolejne kartki. - Czy wie pan, że podawanie fałszywych informacji lub celowe wprowadzanie w błąd organów państwowych może grozić wysoką grzywną, a nawet więzieniem?
- Ale gdy ja napra...
- Proszę pana - przerwał mu - możemy zbadać pana nawet wykrywaczem kłamstw albo nawet wysłać na dwutygodniową obserwację do szpitala psychiatrycznego, co - tu przełknął ślinę - przyznam szczerze, nie jest zbyt przyjemne. Zapytam więc ostatni raz, czy jest pan pewny tego co mówi mając jednocześnie na uwadze co mu za to grozi?
- Naprawdę nie mam powodu aby - kłamać pomyślał Perry, ale przecież nie mówił wszystkiego, nie wyjawił gdzie mieszka ani gdzie pracował. Wówczas cała sytuacja byłaby pozbawiona sensu, powinien przecież mieć w domu jakieś dokumenty, a w pracy znajomych o ile oczywiście nadal tam pracują po czterech latach. - Nie mam powodu by cokolwiek przed panem ukrywać, proszę mnie zrozumieć, zależy mi na tym bardzo. Chcę się po prostu dowiedzieć co się ze mną stało i co mam ze sobą zrobić. Wiem tylko to co powiedziałem.
- No dobrze - głos policjanta złagodniał. - Powiem tak, gdy tylko pan przyszedł zaprzęgliśmy do pracy nasze komputery. Nie jest to może najnowszy sprzęt, ale jak najbardziej sprawny. Przeszukaliśmy nasze bazy uwzględniając podane przez pana kryteria, a także pański wygląd. Gdy uzyskałem wynik negatywny poprosiłem komisarza o pozwolenie na przeszukanie w bazie krajowej, co jest dość kosztownym procesem. Mimo to nie znalazłem tam pana.
- Nie bardzo rozumiem.
- W tej bazie rejestrowani są wszyscy obywatele naszego kraju, a także obcokrajowcy którzy byli tu kiedykolwiek dłużej niż trzy miesiące. To dotyczy oczywiście ostatnich lat, wcześniej aż tak szczegółowe dane nie były zbierane. Mimo to znajdują tam się informacje o wszystkich obywatelach urodzonych tutaj od roku tysiąc dziewięćsetnego. Adres zamieszkania, powiązania rodzinne, a nawet zdjęcia z wszelkich dokumentów takich jak prawo jazdy wyrobionych po dwutysięcznym roku. Jeżeli nawet stracił pan pamięć, to musiał pan wcześniej wyrobić dowód, których obowiązek posiadania, jak dobre pan wie, został zatwierdzony po kolejnych atakach terrorystycznych. Taki dokument po prostu musiał pan posiadać, nie ma innej możliwości. Pańskiego dowodu nie ma w tej bazie. Nie ma tam żadnej informacji dotyczącej pana.
- A może - wydusił z siebie - jestem na jakiejś liście - zawahał się - osób martwych?
- Nie, nie rozumie pan. Oczywiście możemy segregować wyniki ograniczając się tylko do osób żywych, albo tylko do tych o imieniu Perry, jeżeli tak pan naprawdę się nazywa. Cały proces trwa wtedy znacznie szybciej. Ale pana nie ma nigdzie.
- Może urodziłem się gdzieś indziej, może źle pamiętam?
- Nie, pan nadal nie rozumie. Oficjalnie pan się nigdy nie urodził. Nigdzie! Ani w Ameryce ani nigdzie indziej. Pan po prostu nigdy nie istniał.
- No ale jakoś tu jestem, rozmawiam z panem. Może wasz komputer jednak myli się, albo po prostu nigdy nikt mnie do niego nie wpisał.
- To i tak już nie ma znaczenia - policjant złożył papiery, wyrównał je stukając parę razy o stół i włożył z powrotem do teczki. Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł wysoki mężczyzna. Był dobrze zbudowany, mundur leżał na nim nienagannie. Jego twarz była tak wyrazista i pełna charyzmy, że mógłby być to nawet sam prezydent.
- Pan komisarz?! - wydusił z siebie policjant, stanął na baczność i zanim zdążył zasalutować padł martwy. Perrego przeszedł zimny dreszcz, poczuł na rękach gęsia skórkę.
- Witam panie Aednemd. - powiedział funkcjonariusz głosem identycznym jak policjanta. Dotknął krzesła, które zmieniło się w obity skórą fotel i usiadł na nim. - Jak na kogoś kto nigdy nie istniał spowodował pan całkiem sporo zamieszania. - Perry nie słuchał, nie mógł się powstrzymać od patrzenia na martwe ciało policjanta.
- Proszę się nim nie przejmować. Wiem, że może być pan w lekkim szoku widząc to wszystko, ale naprawdę nie miałem wyjścia. Cała ta sprawa z szukaniem pana strasznie mnie osłabiła. Zanim zorientowałem się kim pan jest zdążyłem przetrząsnąć większość myśli. W normalnych okolicznościach on po prostu by zniknął. - Perry patrzył na niego nie mogąc nic zrozumieć. Komisarz rozsiadł się wygodnie. - To co powiem nie będzie dla pana łatwe, to co się niedługo zdarzy także nie.
- Jak mam to rozumieć? - wydusił z siebie drżącym głosem.
- Widzi pan, panie Aednemd, ja wcale tego wszystkiego nie chciałem. Przestałem się panem zajmować i miałem nadzieję, że to zakończy... Jakby to powiedzieć, że po prostu pan się zakończy.
- Nie rozumiem - Perry prawie podniósł się z krzesła.
- Pan wiecznie czegoś nie rozumie. To jest właśnie pański problem. Pan nie rozumie że nie istnieje, że nigdy nawet nie istniał. Myśli pan że był zawsze i tylko któregoś niefortunnego dnia coś się wydarzyło i pan umarł. A pan nigdy się nawet nie narodził, nie w takim sensie jak pan myśli. Wymyśliłem pana, a potem po prostu o panu zapomniałem.
- Ja - przełknął ślinę - ja nie będę dalej tego słuchał. Po prostu wyjdę - Perry zaczął się podnosić.
- Niech pan usiądzie, to bezcelowe. Widzi pan, ja nawet nie jestem komisarzem, a to nawet nie jest komisariat. - wstał z fotela i zaczął przechadzać się po pokoju. - Jeszcze cztery lata temu żyłem tak jak pan, można nawet powiedzieć, że żyliśmy w tym samym świecie. Przyznam szczerze, że nie bardzo wiem co teraz zrobić. Teoretycznie, po całej tej rozmowie powinno już cię tu nie być. Na twoim miejscu powinna zostać jedynie kukła powtarzająca ostatnie zdania które pamiętam, aż do wyczerpania i rozpłynięcia się. - poklepał Perrego po ramieniu. - Jakoś musimy to teraz załatwić.
- Chcesz mnie zabić, prawda?
- Ty już jesteś martwy. Jesteś tu tylko dlatego, że udało ci się zaprzęgnąć inną moją myśl do znalezienia cię.
- I co niby chcesz zrobić?
- Możemy zrobić to na dwa sposoby. Albo wrócisz do siebie i tam po prostu poczekasz, aż bezboleśnie rozpłyniesz się, albo sam będę musiał cię wyeliminować, co już nie będzie takie przyjemne. Zrobiłbym to już teraz, ale to wszystko zbyt mocno mnie wyczerpało.
- A jeżeli zamiast wrócić do domu ucieknę? Co wtedy?
- Nic, znajdę cię prędzej czy później. Raczej prędzej, w końcu to mój teren. Ty w tym czasie nabierzesz złudnego przekonania że jakoś przetrwasz i będzie ci tylko trudniej.
- Nie mam więc za bardzo wyjścia.
- Zrozum, nie jesteś nikim wyjątkowym. Swego czasu miałeś swoją epizodyczną rólkę i to tyle. Jak wszystko co istnieje próbujesz przetrwać - komisarz obszedł go i wracał na fotel - ale jako twór myślowy musisz zdawać sobie sprawę że to donikąd nie prowadzi. Pistolet w kaburze policjanta bił blaskiem w kierunku Perrego, przyciągał jego wzrok. Miał wrażenie jakby broń reagowała na każdy ruch jego ręki jak w zabawie z dwoma magnesami. Krzesło przewróciło się i ręka mimowolnie sięgnęła broni. Coś pochwyciło Perrego i postawiło na nogi, ręka wyprostowała się celując w komisarza.
- Tylko mnie zmuszasz do? - komisarz nie zdążył wypowiedzieć, huk wystrzałów dotarł do jego uszu dopiero w momencie gdy ostatni pocisk rozpruł resztę munduru. Jego ciało jednak nie opadło jakby się tego spodziewał Perry.

Pistolet beznamiętnie klikał pod jego palcem ale nie było w nim już amunicji. Ciało komisarza zapadło się w podłogę i rozprysło się na niej jak kropla wody. Ściany w pomieszczeniu zapadały się w sobie, podłoga zaczęła blaknąć i wybrzuszać się. Perry stracił równowagę i wylądował na załamaniu ściany z sufitem. Fragmenty policyjnego munduru zlały się ze stołem, drzwi pękły wyłaniając za sobą drogę prowadzącą do stosu gigantycznych kartek. Wszystko na co Perry patrzył przypominało teraz mozaikę przedmiotów, kalejdoskop rzeczywistości. Szare ściany przelewały się w chmury, te w gigantyczne ołówki, które zapisywały tony gigantycznych kartek, które potem zmniejszały się na horyzoncie w zeszyty. Chwilę potem Perrego przybiło do wielobarwnego podłoża w którym zatapiał się coraz bardziej. Jeszcze przez moment mógł patrzeć na galimatias rzeczywistości, a potem nastała nicość.


***

Perry ocknął się w swoim domu. Czy to był sen, zastanawiał się. Poszedł do kuchni, rozejrzał się po pokojach. Wszystko wyglądało normalnie, meble na swoim miejscu, telewizor znowu działał, kuchnia posprzątana. Przez moment jeszcze łudził się że już po wszystkim ale gdy tylko rozbudził się filiżanką gorącej kawy zrozumiał doskonale że nadal jest martwy. Nie bardzo jednak wiedział co powinien zrobić. Postanowił, że będzie się zachowywał jak gdyby nigdy nic. Ubrał się i wyszedł z domu. Skierował się prosto do przedsiębiorstwa sprawdzając po drodze w gazecie, który jest rok. Dwa tysiące ósmy, czyli wszystko w porządku. Przed nim wynurzył się budynek korporacji, wszedł przez obrotowe drzwi i udał się do portierni przekładając zawczasu płaszcz przez ramię. Budynek był dziś wyjątkowo pusty. Rzucił płaszcz na ladę i odezwał się
- Cześć Mike, co dzisiaj tak pusto?
- Dzień dobry panie Aednemd. - odezwał się policjant. Perry wbił w niego oczy nie mogąc z początku uwierzyć że go widzi.
- Ty..
- Nie, to nie ja. Proszę się nie martwić panie Aednemd.
- Wyglądasz tak samo jak?
- We wszystkich zagubionych obszarach wyglądamy tak jak on.
- Nie bardzo rozumiem.
- Widzi pan, panie Aednemd, trafił pan do zagubionego obszaru. W jakiś sposób przedostał się pan przez wspomnienia, marzenia i inne rejony podświadomości i w końcu trafił tutaj.
- A czym jest ten zagubiony obszar?
- Niczym. Zagubionym obszarem. Będzie pan miał dużo szczęścia jeżeli pan tu kogoś spotka. Generalnie nic dobrego tu pana nie czeka.
- Jestem martwy?
- Można tak powiedzieć.
- Ale żyję?
- Też tak można powiedzieć. - Perry uśmiechnął się jakby usłyszał kiepski dowcip.
- To o co tu chodzi? Nikogo nie spotkam? A gazeciarz, a inni ludzie?
- O nic tu nie chodzi. Gazeciarz, sprzedawca, pielęgniarka, wszyscy równie martwi tak jak pan. A ja jestem tu tylko po to aby to panu powiedzieć. Budynek jest dziś opuszczony tylko po to aby nic nie rozpraszało pana podczas tej rozmowy. Jutro mnie już nie będzie, ale wszystko inne będzie wyglądało, jak to pan czasem lubi myśleć, normalnie.
- To czym to się różni od normalnego życia? - Perry próbował nie tracić cierpliwości.
- Panie Aednemd, pan nie wie co to normalne życie. Ani to, ani też to co pan znał przed trafieniem do zagubionego obszaru niczym takim nie było. Nawet nie jestem w stanie panu powiedzieć jak miałoby to wyglądać. Może co nieco poznałby pan gdyby zdecydował się zostać w swoim domu, tak jak doradzał to panu? wie pan o kogo chodzi, tu nie wymieniamy jego imienia. - Perry próbował się silić na poczucie humoru wmawiając sobie, że słyszy kiepskie zdanie z równie kiepskiego filmu, ale jedyne co udało mu się zrobić to zewrzeć usta w dziwnym grymasie pół uśmiechu. - Co prawda, wtedy przestałby pan istnieć, ale za to zrozumiałby pan o czym mówię. Cóż, chęć przetrwania za wszelką cenę okazała się jednak silniejsza.
- Ale jutro przyjdę tu, na twoim miejscu będzie stary poczciwy Mike, a wychodząc z księgowości znowu spotkam Dorothy?
- Dokładnie.
- Z tą różnicą że wiem, że jestem martwy tak jak reszta wszystkich ludzi?
- Tak. Ale oni nie wiedzą o tym. Proszę im tego nie mówić, to tylko pogorszy wasze relacje, a może nawet zechcą pana zwolnić.
- Czyli będę żył dalej.
- Na swój sposób tak. To co zwykł pan nazywać życiem będzie trwało, ale przykre uczucie bycia martwym pozostanie już na zawsze. Może jednak uda się panu jakoś je zagłuszyć, jest wiele środków, niektóre legalne inne nie. Proszę się jednak niczym nie przejmować i przyjść jutro do pracy, jak co piątek zresztą.
- Dziś jest przecież piątek!
- Jutro też będzie. Mała luka w systemie, ale szybko pan o niej zapomni. O tej rozmowie zresztą też.
- To po co do diabła rozmawiamy, skoro jutro nie będę pamiętał o czym mówiliśmy?
- Aby dać panu wybór. Aby nie zaśmiecał pan zagubionego obszaru. Każda kolejna forma w zagubionym obszarze to pewna strata dla obszaru właściwego. Z drugiej strony gdzieś muszą być składowane odpadki, które nie dają się usunąć. Tak jak pan, panie Aednemd.
- Więc znowu ktoś proponuje mi abym się zabił?
- Widzi pan, panie Aednemd. Nadzieja na to czego nigdy nie będzie jest typowa dla zagubionego obszaru i siłą rzeczy nawet ja jej się poddaję. Choć muszę przyznać, że niekiedy udaje mi się kogoś przekonać. Po panu jednak widzę, że strach przed nieistnieniem już dawno wygrał i zdecydował się pan wieść bezrefleksyjne, bezsensowne życie.
Perry stał cały zesztywniały nie wiedząc co powiedzieć.
- Proszę przyjść jutro, jak co piątek. Wszystko będzie dobrze. - mrugnął do niego oczami potakując jednocześnie głową na znak że to już czas. Perry zrobił krok do tyłu, odwrócił się i nie zabierając płaszcza niepewnie skierował do wyjścia.
- Dowidzenia! - krzyknął za nim portier.

13.02.08
Marcin Makowski






© Copyright by Marcin Makowski