![]() | |||||||||||
MiejscePamiętam jak stałem tam wtedy. Pamiętam też nieco wcześniej. Ja to miejsce i tak pamiętam, dokładnie, ale ... nie mogę patrzeć na nic ani słuchać czegokolwiek co mi dodatkowo o tym przypomina. Pamiętam. Było ciemno pomimo latarni. Koło kortowskiego stadionu. Słabe, mdłe światło latarni. Było pełno ludzi. Ich odgłosy zbijały się w niewyraźny szum. Staliśmy tam. Kamil, Rafał, Michał, Tomek. Staliśmy i antenami z chuja namierzaliśmy panienki. Tomek nie namierzał, stał i patrzył się. Stał cicho skurwysyn. Tak milcząco na mnie potem patrzył gdy wsiadałem do samochodu. Stał w tym swoim czarnym fleku, zupełnie tak jakby chciał komuś wpierdolić choć nigdy by tego nie zrobił. Chuj przeczuwał. Ja nie przeczuwałem. Potakiwaliśmy rękami trzymając puszki piwa. Popijaliśmy i potakiwaliśmy. Ja to tylko piwo pamiętam i to milczenie Tomka. Michał coś mówił, że Pawła nie ma. Ja Pawła nie znałem. Michał w czapeczce i spodniach khaki. No i Rafał w czerwonej kurtce Lonsdale'a. Pamiętam też jednostajny rytm techno dochodzący do nas ze stojącego obok, obłożonego piwem BMW. Te uderzenia miarowe. Tym rytmem wszystko później pulsowało. Stroboskopowe światła. Laski wyginające się w tym rytmie. Rytmiczne picie piwa. Błyski. Szum. Potem pulsowało mi to w głowie. Milcząca twarz Tomka. Tomek stał cicho gdy wsiadałem. Krew mi pulsowała w skroniach. Dudnienie. Żyły puchnące od krwi. Dudnienie. Ciało mi drżało. Ruszyłem.
Nic mu nie mówię. Wychodzę z mieszkania. Kanciasta plama światła na betonowej posadzce klatki zwęża się gdy tylko zamyka drewniane drzwi. Wyżłobione kreski w brązowej farbie układają się w litery. P.K + A.D = WM. Janek to chuj. Agata to stara lodziara która bierze za darmo. I inne. Zerkam w judasza próbując dostrzec jakiś ruch w mieszkaniu. Serce bije mi mocniej, po ciele przechodzi cierpki skurcz strachu. Wszystko we mnie buzuje. Otoczenie ciemnieje. Chwytam się poręczy i schodzę po schodach na parter. W klatce panuje atmosfera cygańskich budynków. Ściany i sufit pokrywa mieszanka bazgrołów, flegm i czarnych, wypalonych zapalniczką plam. Jest ciemno, a ściany są odrapane z tynku i farby. Powietrze jest tak samo stęchłe jak w starych blokach na Smętka. Otwieram drzwi. Razi mnie dzienne światło. Wychodzę na zewnątrz i zaraz za pagórkiem skręcam koło poczty w kierunku Kortowa. Niebo gęstnieje od chmur i bulgocze jak gotowany budyń. Robi się lepko. Oleiście. Patrzę w górę, a pierwsza kropla deszczu spada i rozbija mi się na czole. Teraz spadają ich miliony. Na zielonym, przechodzę skrzyżowanie Warszawskiej z Obrońców Tobruku.
Jak ten skurczybyk... jak on... jak mu to w ogóle mogło ujść na sucho?
Ja?
Co ja?
Ja nie mogę, nie mogę teraz tego zgłosić. Wiesz co by się stało gdybym teraz próbował to zgłosić? Pewnie zwinęliby mnie na parę miesięcy, albo i dłużej. On tam pewnie znajomych ma jakichś. Przecież nie można ot tak wymazać wszystkiego. On musiał mieć kogoś w policji. Zresztą co to teraz da? Chłopak nie żyje, koniec. Spoglądam w głąb kieliszka. Nalewam sobie kolejnego. Rozpływam się w spokoju.
Dałam mu pieniądze. Na bilet i na kwiaty. Ja tam nie chcę chodzić. Ale pamiętać trzeba. A to taki dobry chłopak. Zapytałam czy zrobiłby to dla mnie i od razu się zgodził.
Powiedziałem jej wtedy, że oczywiście zaniosę. Przecież tak długo się znaliśmy. Robię to przede wszystkim w imieniu Rafała. Wszystko załatwię. Proszę się nie martwić.
Dobrze, że jeszcze są tacy bezinteresowni ludzie jak on. Oby mu bóg błogosławił. Pomodliłam się za niego. Położyłam się na kanapie i wspominałam mojego Rafałka. Szkoda że mój Kamil nie jest taki jak ten Tomek. Od dawna mnie nie odwiedzał. Od pogrzebu go nie widziałam.
Wycieraczki niewiele pomagały. Deszcz rozpryskiwał się na szybie. Woda, rysy na szybie i światła z naprzeciwka. To wszystko razem zamazywało obraz w żółtą niewyraźną plamę. Przyspieszyłem chcąc znaleźć się jak najszybciej w domu. Czerwona kurtka mignęła mi przed oczami. Teraz wiem że to był on. Samochód podskoczył gdy ciało dostało się między koła. Usłyszałem gruchot łamanych kości. Zahamowałem. Trzymałem kurczowo kierownicę. Pamiętam pisk hamowania. Pamiętam jakby to trwało znacznie dłużej niż się działo.
Horyzont staje się niewyraźny. Samochody prują deszcz. Spowalniam. Poruszam się jak w bagnie. Zginam się w pół kryjąc przed wszechobecną wilgocią. Idę wzdłuż byłych budynków wojska polskiego, odgrodzonych siatką od chodnika. Brunatna cegła otacza kraty w oknach. Zza tych krat by mnie pewnie nie prosił. Z deszczu wynurza się postać. Wygląda jak mężczyzna, albo cień mężczyzny. Znika gdzieś. Mijają mnie tylko sylwetki, takie same jak postacie w czarno-białych komiksach. Rzeczywistość spłaszcza się. Budynki przypominają tanie makiety ze starych westernów. Kulę się w sobie uciekając od deszczu. Chodnik ma zapach mokrego tynku. Albo mokrego betonu. Czuje ból od uderzenia w pierś. Ktoś zatrzymuje mnie. Rafał Patrzy ostro i rzuca mną na ogrodzenie.
Nie ma go.Pawła też nie ma. Marzę jednak, aby mnie zatrzymał.
Drugi raz dziś idę w to samo miejsce. Przepocona bluza klei się do skóry. Deszcz kłuje zimnem. Zwalniam jeszcze bardziej kurcząc się w sobie. Czuję się stwardniały, skostniały, jakbym za długo przebywał na mrozie. Mijam pętle piętnastki. Nikogo na niej nie ma. Zostaje mi jeszcze parę kroków. To tu. Skrzyżowanie Warszawskiej z Tuwima. Dokładnie tam gdzie...
Puściłem kierownicę. Z trudem otworzyłem drzwi. Wysiadłem. Fragmenty mięsa połyskiwały w reflektorach samochodu. Ścisnęło mnie w środku. Rafał. To był kurwa Rafał. Rozumiesz? Chwyciłem jego nogi i pociągnąłem próbując wyrwać ciało splątane z podwoziem. Położyłem go na plecach. Otarłem łzy. Chciałem go jakoś... naprawić. Przetarłem mu krew z czoła i przyczesałem włosy. Poprawiłem mu nos, przyklepując mięso na jego twarzy. Składałem go do kupy, ale wszystko się rozpadało. Powstrzymywałem łzy, a jego ciało wyślizgiwało mi się między palcami. Przestał być całością. Rozpadł się. Pamiętam jego oczy zatopione we krwi. Wbijały się we mnie. Przedzierały aż do serca i tam zaciskały. Jego oczy wlepione we mnie. Białka z niewyraźnymi źrenicami. Oczy. Cały czas je pamiętam.
Obudził mnie deszcz. Długo musiałem tam leżeć. W głowie huczało. Podniosłem się niezdarnie i otrzepałem mokry sweter z trawy i ziemi. Jakoś wdrapałem się po ziemi na górę i wczołgałem na chodnik. Podniosłem się z niego. Spojrzałem w lewo i zobaczyłem jak ktoś zatrzymuje się na drodze i schyla po coś. Białe litery na jego czerwonej kurtce połyskiwały w światłach latarni. Podskoczyłem gdy uderzył w niego samochód. Pisk hamujących opon był nie do zniesienia. Pociągnął go po drodze kilka metrów. Stałem jak wryty. Cofnąłem się parę kroków ale nie mogłem przestać patrzeć. Po chwili ktoś wysiadł z samochodu. Obraz mi się rozmazywał. Z trudem przebijałem się wzrokiem przez ciemność. On coś mu robił. Ale ja już nie chciałem patrzeć co.
Krew błyszczała gdy ześlizgiwał się po niej kolejny kawał mięsa. Więc uderzyłem go pieścią w twarz. Uderzałem i uderzałem. Roztarłem wszystko w ziemię. Uderzałem i uderzałem, aż w końcu przypominał bardziej zmielone mięso niż człowieka. Stopił się ze swoją czerwoną kurtką. To nie Rafał. Zabiłem brata. Wytarłem krew z rąk o trawę i ziemię. W końcu go nie było. Tak jak Pawła. Potakiwałem sam do siebie głową. Rafała nie ma. Nie było. Nic się nie stało. Ma tak być, jakby się nic nie stało. Krew rozrzedzona, spieniona deszczem spływała do studzienki.
Uciekłem stamtąd. Może to mi się tylko wydawało. Może wcale nic nie widziałem. Do oczu napłynęły mi łzy. Objąłem siebie rękami. Było ciemno, padał deszcz, byłem pijany. Przełknąłem ślinę. Pewnie mi się tylko wydawało.
Deszcz nadal nie ustaje. Tak jakby chciał mnie stąd przepędzić. Stoje zgarbiony. Wyciągam ręce z kieszeni, chucham na nie i pocieram o siebie. Rozglądam się w około, czy nikogo nie ma. Gdy byłem tu rano, nie musiałem się rozglądać. Gdy przychodzę tu z rana, to nigdy nie muszę. Tylko dlatego że wtedy mnie przysłała matka, a teraz jej drugi syn. Kamil nie widuje się z nią od ponad roku. Pewnie matka Kamila myśli że to normalne w wieku syna.
Zrobisz to dla mnie? Zabierzesz to?
Nic mu nie powiedziałem.
On codziennie tędy przejeżdża. Codziennie skręca z Warszawskiej w Tuwima. Musi. Nie wiem czy aby na pewno, ale mi mówił że musi. Przejeżdża tędy o szóstej rano i wraca późnym wieczorem. Dziś akurat niedziela, więc cały dzień spędził w domu i kościele. Pewnie się spowiadał. Pewnie za moje grzechy też.
Gdy Kamil jest w pracy, ja jestem tutaj. Świeże kwiaty wkładam w wazon wyciągnięty z krzaków. Kucam na ziemi. Przecieram go z brudu chusteczką. Czyszczę do połysku. Szklany, zielony wazon. Nie spieszę się. Wyjmuję z plecaka butelkę wody i zalewam do połowy. Ustawiam go na ziemi i lekko wciskam tak aby nie przewrócił się, nawet gdy zawieje wiatr. Stawiam naokoło znicze i zapalam po kolei. W jej imieniu. Wstaję i stoję chwilę w milczeniu. Oddycham ciężko. Świeże kwiaty. Świeża śmierć.
Nienawidzę tego. Przecież rok minął. A jak je widzę... zupełnie tak jakby to było wczoraj.
A teraz jestem tu drugi raz. Kucam, podnoszę znicze i zdmuchuję w nich ogień. Dym rozpływa się. Chowam je przewrócone na bok w trawie. Kwiaty wyjmuję z wazonu, który biorę w drugą rękę. Przechodzę szybko na drugą stronę ulicy. Serce bije mi szybciej. Zgniatam kwiaty i wyrzucam je do kosza. Wazon rzucam w krzaki. W jego imieniu. Odwracam się i patrzę na to skrzyżowanie. Tu gdzie widzę ich razem wtulonych w siebie. Zaciskam pięści. Potem Kamil go wymazuje. Rafała nie ma. Pawła nie ma. Milczę. Pocieram oczy zanim się rozpłaczę. Może gdybym wtedy nie milczał...
I to twoje milczenie. Tomek! Ja tylko to milczenie pamiętam.
Może gdybym nie milczał. Zapominam. Przypomnę sobie jutro rano. Zapomnę wieczorem. Wracam do domu.
28.05.06 |
|||||||||||