![]() | |||||||||||
CzarnoPrzyciskam czoło do zimnej szyby. Światło w autobusie odbija się od szyb i nie pozwala mi zobaczyć tego, co na zewnątrz. Modlę się tylko, żeby spomiędzy masy ludzi dostrzec mój przystanek i wysiąść w odpowiednim momencie. Wczoraj wysiadłem za wcześnie. Szedłem potem nocą przeszywany lodowatym, kłującym deszczem. Autobus staje z gracją i jak zwykle wszystkich zarzuca najpierw w przód, potem w tył. Wciskają się do środka jakieś postacie, chyba jakieś dziadki. Tylko czekam, aż stanie nade mną ta stara, gruba baba i zacznie spoglądać wymownie. Jeszcze tylko brakuje, żeby dziadek obok napyskował na mnie, jaki to ze mnie skurwysyn i jaka to dzisiejsza młodzież niewychowana. Sam oczywiście nie ustąpi miejsca. Jak się jeździ piętnastką to często można takie sytuacje podpatrzeć. Ale ja jadę czternastką, więc mam wszystko w dupie, na której nadal siedzę. Serce zaczyna mi walić i czuję zdenerwowanie, ale wytrzymuję tę chwilę próby i aż do mojego przystanku siedzę twardo i niewzruszenie. Wstaję i, zmacując siebie w gwałcącym siebie samego tłumie, wysiadam. Niewygodnie mi i ciężko od tej całej zimy, grubej kurtki, ciężkich butów, czapki, szalika i niewygodnego plecaka ciężkiego od pierdół. Nic to. Zaciskam dłonie, chowam pod kurtkę, przechodzę przez jezdnię. Z ciemności wynurza się furtka. Nie mamy psa, ale jest furtka. Idę dalej, otrzepując ze śniegu buty na pierwszych schodkach. Zamykam za sobą drzwi i już wiem, że jakbym nie zrobił to i tak wdepnę skarpetami w przyniesione z podwórka błoto ze śniegiem. - Kto to przyszedł - wynurza się stara jędza zza rogu. - To ty Jacusiu? - pyta, choć już dawno mnie widzi. Ściągam z siebie rzeczy, a stara wraca do kuchni. Wtaczam się powoli na schody i idę na górę, do siebie. Otwieram drzwi. Rzucam plecak na ziemię, a siebie na tapczan. Po chwili jednak odechciewa mi się leżenia, choć jak wracałem, to byłem tak zmęczony, że marzyłem jedynie o tym, by się położyć i zasnąć. To jednak było zmęczenie sytuacyjne, teraz następuje sytuacyjna aktywność. Porobiłbym coś. Cokolwiek. Jednak nic za bardzo wymagającego. Nic, co zmusiłoby mnie do bycia odpowiedzialnym i perfekcyjnym w tym co robię. Wybieram telewizor. Schodzę na dół i już zaczynam się wkurwiać, że nie mam go u siebie. Nic to. Przechodzę do salonu, w bezsensowny sposób połączonego z kuchnią. Tu zawsze słychać wszystko, co dzieje się za plecami. Dokładnie i wyraźnie. W przeciwieństwie do telewizora, który albo jest za cicho, albo zaczyna buczeć niezrozumiale. Odpalam po kolei ulubione: discovery (wszystkie wersje: science, travel, adventure, history), animal planet, national geographic, których oglądanie jest takie podniecające. Człowiek zawsze ma wrażenie, że razem z polskim lektorem odkrywa wielkie tajemnice wszechświata, a na samym końcu albo się nic nie okazuje, albo bardzo niewiele. Potem przechodzę przez kanały informacyjne. Te angielskie, których nie rozumiem i te polskie, których też nie bardzo, ale jednak bardziej. Następnie muzyczne i telezakupy. Za jedyne paręset złotych można kupić wybielacz do zębów na światło ultrafioletowe. Z reklamy jasno wynika, że ważące jakieś ćwierć kilo urządzenie można nosić na twarzy z uśmiechem, oglądając telewizor i wybierając inne wspaniałe produkty. Potem jadę przez bajki, dla małych, dla średnich, dla dużych i te dla dorosłych, zakodowane. Niemieckie, angielskie, amerykańskie, rosyjskie, włoskie, francuskie, japońskie kanały przeskakuję dość szybko. Rozpływam się na polskich, bez względu na to, co by leciało. Jak ciekawe, oglądam do końca, tracąc niecenny czas. Jak nieciekawe przełączam w te i wewte aż coś mnie zaciekawi i czynię jak poprzednio. W skrajnych przypadkach wyłączam, robię coś prostego do jedzenia (najczęściej herbatę) i wracam ponownie zobaczyć co leci. Ale dziś czwartek. Chójowy dzień na telewizję. Pozostaje mi więc obejrzeć Najsłabsze Ogniwo i śmiać się z tych cwaniaczków jak obrywają po łbie od Szczuki. Babcia znów oczywiście postanowiła pozmywać gary. Talerze, widelce, szklanki, garnki, zderzają się ze sobą, brzęczą, piszczą, wydają niskie dźwięki, składają się na blaszanej suszarce i znowu pobrzękują, wciskając się pogłosem w uszy. Tak mnie to wkurwia, że nie zauważam co dzieje się w telewizji. Kurwa, syczę pod nosem. - Babcia nie może później tego zrobić? - O, mógłbyś mi pomóc trochę, szybciej by było. - Pomóc to ja ci mogę zdechnąć, mówię sam do siebie.
01.03.06 |
|||||||||||